gazeta.jp Polonia Japonica

Polonijny portal internetowy funkcjonujący w polsko-japońskiej przestrzeni międzykulturowej, prowadzony przez grupę Polek mieszkających, pracujących i działających w Japonii.

 

Galeria

A+ A A-

Powroty, tęsknoty Wyróżniony

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

grafika na strone 500

 W tym roku w naszej serii tworzonej z okazji 8 marca przygotowałyśmy 7 tekstów pod wspólnym hasłem tematycznym Powroty, tęsknoty. Mamy nadzieję, że w wypowiedziach autorek odnajdziecie wiele wątków, które są Wam bliskie.

 

JOANNA SATO

Joasia

Podręczny Słownik Nostalgii

Fragment

z przypisami i refleksjami

(dla tych, którzy przemieszczają się między światami i miejscami, jak również tych mniej mobilnych, bez obietnic wyjaśnienia czegokolwiek ... )

 

Definicje oficjalne *

Tęsknota:

  1. uczucie żalu wywołane rozłąką z kimś, brakiem lub utratą kogoś albo czegoś;
  2. silna chęć osiągnięcia, pozyskania czegoś.

Powrót:

  1. przybycie lub podróż do miejsca, w którym się przedtem było, przebywało jakiś czas;
  2. ponowne znalezienie się w jakimś stanie, w jakiejś sytuacji;
  3. wznowienie czegoś po przerwie.

 

Definicje osobiste

Tęsknota:

  • - Tęsknota to teraz i tutaj, które uwiera i jest „nie takie”. Bo powinno być wczoraj, kilka lat temu albo za dwa miesiące. Bo nie ten stół, nie to krzesło, nie ten krajobraz za oknem. Nie ta ulica, nie to miasto. I ludzie wokół dalecy i obcy, i ja w tym wszystkim kanciasta, niedopasowana, nie u siebie.
  • - Tęsknota to twoje spojrzenie, to uwaga, z jaką mnie słuchasz, to twój uśmiech, dotyk, twój zachwyt nade mną i nad naszym światem, mój zachwyt nad tobą. To moja głowa na twoim ramieniu i twoja ręka w mojej dłoni. To twoja czuła i nieustanna obecność. Mimo tego, że nie ma cię przy mnie od prawie trzydziestu lat. Mimo tego, że nigdy nie zaistniałaś. Mimo tego, że istniejesz, ale nie możemy się spotkać.
  • - Tęsknota to wszystkie zmysły - razem z pamięcią tego, co noszą w sobie, i razem z pustką, w której szykuje się miejsce na nowe doznania. Pamięć czasem przynosi ze sobą bolesną świadomości całkowitej utraty tamtego doświadczenia. Smak babcinego ciasta. Zapach kwitnących drzew w ogrodzie, który zniknął. Pustka otwiera przestrzeń, w której pojawia się zapowiedź lub plan: zobaczenia, usłyszenia, dotknięcia. I pamięć, i pustka zmysłów mogą nosić w sobie niepewność i niepokój. Czy tak na prawdę było? Czy to na pewno się wydarzy?
  • - Tęsknota to możliwość. Tęsknota to intuicja. Tęsknota to fantazja. Marzenie, które jeszcze się nie zrealizowało. Marzenie, które nigdy nie stanie się rzeczywistością.
  • - Tęsknota to artystyczny wysiłek, który wykonujemy mniej lub bardziej świadomie. Zamienia naturalistyczne barwy krajobrazów na łagodne pastele. Wygładza kanty i nierówności powierzchni. Redaguje teksty dialogów i dyskusji. Zmienia zakończenia opowieści. Przepisuje nuty melodii.

 

Powrót:

  • - Powrót to ten moment, kiedy biorę głęboki oddech i wiem, że jestem. Jestem tutaj. Jesteś. Jesteście. Jest. Bez konieczności poprawek, bez korekty. Teraz. Bez żadnych ruchów na linii czasu. W sobie. Wokół siebie. U siebie. Pewnie, solidnie, bez zachwiania.
  • - Powrót to ten sam gest wykonywany niezliczoną ilość razy, to ta sama sekwencja ruchów, to przyzwyczajenia i codzienne rytuały. To powtarzalność, przez którą stwarza się iluzja, że wszystko jest stałe i nic nigdy się nie zmieni.
  • - Powrót to podróżowanie do domu, do miejsca gdzie wszystko jest znajome i bezpieczne. Gdzie spokojny, przewidywalny rytm nadaje rzeczywistości sens, opatula nadzieją i unieważnia wszystkie lęki. Ta podróż może odbywać się w wielu geograficznych kierunkach, z tradycyjnie spakowanymi walizkami i paszportem w kieszeni. Ale może też być ruchem wewnętrznym, który otacza stałość i spoczynek.
  • - Powrót to spotkanie. To ludzie, którzy podejmują na nowo przerwaną kiedyś rozmowę. To uścisk ukochanej osoby, na który czekało się tak długo. To bycie razem, bez dzielenia na my i oni, ja i ty.

 

Zamieszanie sytuacyjne

„Dokąd pani wyjeżdża?” - pyta uprzejmy taksówkarz w drodze na krakowskie lotnisko. „Wyjeżdżam z domu i wracam do domu” - odpowiadam i po chwili, w popłochu, czując ciężar ciszy, która zapadła, dodaję: „Wyjeżdżam z mojego domu tutaj i wracam do domu w Japonii”. „O! Japonia. Tak daleko. To musi pani bardzo tęsknić” - pan taksówkarz nadal stara się być uprzejmy. Mam ochotę zapytać: „Daleko od czego?”, ale gryzę się w język i zamiast tego wyjaśniam: „Tak, stęskniłam się już za moją japońską rodziną i moim domem w Tokio.” Znowu zapada cisza. „Miałem na myśli tęsknotę za krajem rodzinnym, za Polską” - uściśla pan taksówkarz, wyraziście akcentując każdą sylabę każdego słowa. Uprzejmość jakby trochę wyparowała. „Oczywiście, tęsknię za Polską” - zapewniam, starając się przywrócić miłą atmosferę w taksówce. „Tęsknię. Czasami bardziej, czasami mniej. To taki bardzo płynny proces. Są też momenty, że nie tęsknie w ogóle i jestem wdzięczna, że jestem poza krajem.” Do lotniska dojeżdżamy w milczeniu.

 

Zamieszanie interpretacyjne

Leksykony wyjaśniają słowa, definiują pojęcia. Sugerują interpretacje i powinny usuwać wątpliwości. Rzeczywistość doświadczenia osobistego często jednak nie przystaje do definicji podręcznikowych.

 

Trudno przecież pogodzić żal rozłąki, utraty i braku (który ma nieść ze sobą słownikowa tęsknota) z obietnicą umieszczoną w marzeniu, zapowiedzią wypełnienia pustki zmysłów czy artyzmem pastelowych krajobrazów, nawet jeśli te barwy są nieprawdziwe.

 

W podręcznikowej definicji powrotu nie wspomina się o możliwej wielokierunkowości tego doświadczenia lub dezorientacji wywołanej odkryciem, że oswojona codzienność wraz z poczuciem bezpieczeństwa, które jej towarzyszy, zamieniły się w egzotyczne wyzwanie, budzące nieufność i niepokój.

 

Źródłosłów (do którego wracam z tęsknotą, w nadziei, że wreszcie coś się wyjaśni)

Nostalgia to słowo pochodzące z języka greckiego, gdzie nóstos oznacza powrót, powrót do domu, álgos zaś cierpienie lub ból.

 

Cierpię więc, bo nie wracam, nie mogę wrócić do domu? Czy też cierpienie powoduje powrót? A może bolą zbyt częste powroty? Albo zbyt rzadkie? Może ból związany jest z wracaniem do kogoś? Do czegoś? Z powtarzalnością doświadczenia? Czy niemożliwością odtworzenia tego, co było?

 

Kolejne pytania, niezliczone pytajniki. Żadnej klarowności. Dyskomfort dysonansu domaga się jasnej, wyrazistej odpowiedzi. Białe, czarne. Albo tu, albo tam. A tu takie poznawcze rozdroże. I te doświadczenia, które nie pasują do żadnej definicji. Może jednak tak jest lepiej? Między białym a czarnym jest przecież tyle kolorów i ich odcieni. Między tu i tam - tyle kierunków i możliwości. A cierpienie wpisane w powroty i tęsknotę (chociaż tak trudno ten ból czasami oswoić) może zmieniać nasze tożsamościowe krajobrazy i dodawać do nich nowe, nieznane, cenne wymiary.

—————————————————————————————————————

* Według „Słownika języka polskiego PWN” - ze strony internetowej sjp.pwn.pl

 

IWONA MERKLEJN

WEB.Merklejn

 

Powroty z Japonii

            Jedną z wielu rzeczy, które mnie nadal zastanawiają po latach spędzonych za granicą jest doświadczenie tzw. powrotnego szoku kulturowego. To zaskoczenie, że po dłuższym pobycie w obcym kraju i powrocie do własnego człowiek nie czuje się tam całkiem u siebie. Podobno w takiej czy innej formie dotyka większość emigrantów – repatriantów. Temat był już poruszany na tych łamach przez inne autorki[1], ale chciałabym dorzucić swoje trzy grosze. Tak się składa, że kilka moich przyjaciółek-cudzoziemek musiało niedawno po dłuższym pobycie opuścić Japonię. Próbuję zrozumieć ich zbiorowe doświadczenie – dodam, że żadna z nich nie jest japonistką. Znalazły się tutaj z powodów innych niż fascynacja tym krajem, jego językiem czy kulturą.

Przypadek pierwszy: Frances, Amerykanka. Przyjechała do Tokio jako młoda dziewczyna, aby skosztować przygody i łatwych wtedy zarobków dla native speakerów języka angielskiego. Poznała swojego męża, nauczyła się japońskiego i znalazła pracę. W momencie, kiedy ją poznałam była już dobrze zakorzeniona. Urodziła tutaj troje dzieci, odniosła znaczące sukcesy zawodowe. Przez lata spotykałyśmy się w kościele oraz na kawę i pogawędkę. Przez lata wyjeżdżała na wakacje do Stanów i wracała z płaczem. Nie było jej tu łatwo, bo to indywidualistka i typ kreatywny, a tu tyle reguł i zasad, i ta wszechogarniająca urawniłowka… Kocha przyrodę i świeże powietrze. Nie znosiła jeździć metrem, poruszała się po Tokio rowerem. Zorganizowała tu sobie całkiem nieźle życie rodzinne i zawodowe, a potrzeby komunikacji ze światem poza japońskimi ramami zaspokajała przez Internet.

I właśnie wtedy, kiedy dzieci były już jako tako porozmieszczane w szkołach i przedszkolach, a dom i praca ogarnięte, jak to się mówi w Polsce, mąż Frances (Japończyk) dostał od swojej firmy propozycję nie do odrzucenia, aby przenieść się… do Stanów. Co najmniej na dwa lata, a może na dłużej. Do miasta, w którym Frances nigdy wcześniej nie była, oddalonego od jej stron rodzinnych o setki kilometrów. Nigdy wcześniej nie widziałam osoby tak załamanej faktem, że wraca do ojczyzny. Okazuje się, że zbiorowy system opieki nad małymi dziećmi, do którego Frances przywykła w Japonii nie jest normą w Ameryce, a dobra niania za to - na wagę złota. Czy ktoś nam uwierzy, że życie pracującej matki może być łatwiejsze w Tokio niż na prowincji Stanów Zjednoczonych? Jak dotąd z doświadczeń mojej przyjaciółki na to wygląda. I ci Amerykanie, mówi Frances. Nie wyczuwam ich - niby tacy przyjaźni, bezpośredni, a potem nagle znikają bez pożegnania. Okazuje się, że po latach w Japonii obie mamy problem z nadmiarem entuzjazmu, który Amerykanie okazują nawet w przelotnych, powierzchownych kontaktach. Poza tym jakie to uciążliwe, że wszędzie trzeba jeździć samochodem. Tam, gdzie zamieszkała Frances jest bezpiecznie, ale to już nie Tokio, gdzie można wyskoczyć na piechotę do sklepu całodobowego koło północy i czuć się na ulicy całkiem bezpiecznie.

Przypadek drugi: Ulrike, Niemka. Studiowała kiedyś w Japonii, a potem po dłuższej przerwie przyjechała do Tokio z powodu kontraktu męża. Usiłuje uciszyć trójkę swoich bardzo energicznych dzieci, mówiąc im: Japonia to jest spokojny kraj, tutaj się nie krzyczy… Z drugiej strony poirytowana tym, że w tokijskim metrze panowie pchają się przed kobietami w ciąży czy matkami z wózkiem do windy (to nas łączy). Zamieszkała w eleganckiej zielonej dzielnicy – koncern męża chyba dobrze stoi, bo sąsiadami Ulrike są ludzie z pierwszych stron gazet. Cicho, zielono, można uprawiać jogging. Ulrike cieszy się wysoką kulturą muzyczną Japonii i posyła dzieci na lekcje pianina. Pan domu dużo podróżuje służbowo po świecie, a kiedy jest w domu, domaga się sushi. Oboje, każde na swój sposób, zadomawiają się w Tokio. Zapewne dużą rolę gra fakt, że w Jokohamie jest niemieckojęzyczna szkoła, do której mogą posłać dzieci. A potem spotykam Ulrike po dłuższej przerwie – ta zawsze uśmiechnięta, pogodna osoba w rozsypce. Musimy wracać do Niemiec, powiada. Korporacja męża nagle zmieniła zdanie. Teraz, kiedy mają już wszystko zorganizowane: szkołę, dodatkowe zajęcia, życie towarzyskie etc. Bodaj dwa miesiące na spakowanie wszystkiego i nowe życie w kraju, który w międzyczasie zdążył się zmienić. Według newsów mniej stabilny, mniej bezpieczny. Z tego co wiem, Ulrike była w Japonii szczęśliwa.

Przypadek trzeci: Julia, żona polskiego dyplomaty. Z wykształcenia architekt, z zamiłowania – fotograf. Z pasją podróżowała w każdy weekend po Tokio i okolicach, przypominając mi, w jak atrakcyjnym turystycznie miejscu mieszkam. Zwróciła moją uwagę na wiele ciekawych rozwiązań przestrzeni miejskiej w Tokio. Zachwycała się zieloną herbatą i jedzeniem, wędrowała po górach. Podobało jej się tu, ale natrząsała się z różnych zasad, do których społeczeństwo japońskie przywiązuje wielką wagę: szczegółowej selekcji śmieci, milionów zakazów i ostrzeżeń etc. Artystyczna dusza, wolna i nieskrępowana. Nie traktowała Japończyków zbyt poważnie, chociaż ich lubiła. Nie mieściła się w sztywnych ramach przewidzianych dla tutejszej średniej krajowej. A teraz po powrocie do Polski mówi mi, że tęskni za tokijskim światłem… No tak, tutaj słonecznych dni w roku jest znacznie więcej; ale za to zdarzają się trzęsienia ziemi i tajfuny, przypominam dla równowagi.

Ciekawe czy moje przyjaciółki odnajdą kiedyś ponownie drogę do Japonii. I jakie wtedy zrobi na nich wrażenie?

(Imiona oraz niektóre szczegóły dotyczące bohaterek tekstu zostały zmienione)

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

[1]Pogłębiona analiza w artykule Joanny Sato „Powroty” z 9 listopada 2013http://www.poloniajaponica.jp/zycie-w-japonii/item/1096-powroty

 

 

DARIA MIURA

Daria Miura zdjecie1

 

Deskorolka a’la arabesque

  W miasteczku mojego wczesnego dzieciństwa była jednostka wojskowa.

Mój tata, tak jak większość naszych sąsiadów służył w brygadzie pancernej.

Jedną z pierwszych dalekich reminiscencji, oprócz jęczącej karuzeli w parku okalającym kantynę z salą na dansingi, był właśnie czołg, do którego parę razy wchodziłam, a ściślej byłam wkładana przez panów szeregowców od taty.

Ci sami szeregowcy niańczyli mnie i brata, gdy rodzice szli do kantyny na tańce  przy galaretce z nóżek i kielonku. Do niańczenia mieliśmy jeszcze czarnego owczarka niemieckiego, wytresowaną Fetrę medalistkę, która była dokładnie w moim wieku. Jej ogon na moich pulchnych, obficie utoczonych nóżkach bolał czasem jak pejcz. 

Była jeszcze wielka i ciężka skrzynia po amunicji, w której trzymaliśmy zabawki i zielone menażki, z których, gdy za bardzo nimi machałam w drodze powrotnej z jednostki, wylewała się zupa.

W końcu trudno było nie wylać, mając wokół tę kłodziańską Narnię, krainę inną z każdą sekundą niczym w kalejdoskopie. Ulica Walecznych to były tylko pozornie te same budynki i ogrody ze swoim niebem i swoimi chmurami.

 Zaraz za zakrętem z Kołłątaja był sklep. Magiczny! Na dole spożywczy, do którego przed świętami przywożono chałwę na kilogramy i Laktowit 0 (zero), produkt służący uczniom klas młodszych do robienia buzią mlecznych chmur, a na piętrze sprzedawano artykuły wojskowe: mundury i kabury, pagony z wyszywanymi srebrną nicią belkami i gwiazdkami.

Ilość gwiazdek i belek (były tez “ptaszki”) oraz ich wzajemne konfiguracje konfrontowało się z obszernymi tabelami odznaczeń wiszącymi wszędzie na ścianach.

Wyeksponowany za ladą, wykuty ze stali dumny, mimo bezkrólewia, orzełek był moim ulubionym.

Leżał misterny obok plecionego jak warkocz, zakończonego gwizdkiem, połyskującego galowego sznura podoficerskiego. Takiego orzełka miał tata na swojej czapce od munduru polowego. Sznur chyba tez miał, ale w pamięć bardziej wryły mi się jego polowa czapka i skórzane oficerki. I pas

Tata ogólnie był wtedy bardzo cool.

A mama wesoła, ale się jej trochę bałam.

 Mama dużo mówiła i nauczycielskim, bardzo kompetentnym tonem przestrzegała. Żebym na przykład nie przedrzeźniała indyka, który mieszkał u sąsiadów koło sklepu. Tłusty ptaszor wydawał mi się zawsze bardzo rozmowny i chętny do interakcji, ale pierzchałam spod parkanu, gdy on trzęsąc koralami zaczynał kotłować w moją stronę.

Mama miała rację: indyków należy się bać. Nawet takich starych (pewnie dorobił się już praw obywatelskich), jak ten.

Ale to nie do tych sąsiadów chodziłam na niezapowiedziane obiady i podwieczorki.

Ci mieszkali po drugiej stronie ulicy.

Po tej samej, gdzie był mały domek z gęstwiną piwonii wokół, których kolory i mięsistość pamietam jako jedyne, gdy wkręciłam sobie nogę w szprychy od roweru mojej opiekunki. Chyba nie umiałam dobrze siedzieć na bagażniku, albo nader się wierciłam, bo noga zaklinowała się na tyle skutecznie, że potrzeba było pana z piłą i kombinerkami do przecięcia szprych i widełek. Bólu nie pamiętam. Co dokładnie wykrzykiwali zebrani ludzie też nie.

Tylko te kwiaty: prawdziwy dostojny, piwoniowy busz.

Jakiś czas po wypadku bałam się rowerów, dokładniej bagażników, nawet bardziej niż indyka. Piwonie kocham niezmiennie do dzisiaj. 

  Na Walecznych mieszkała też ciocia Maryla. Nie wiem, co ważniejsze, ale ciocia była moją wychowawczynią w pierwszej klasie i serdeczną przyjaciółką mamy. Miała imponujące, kasztanowe pukle i wydatne, obowiązkowo pomalowane usta. Mama mówiła na nią “kobieca”.

Starszy syn cioci był w równorzędnej klasie, a młodszy, mimo, że starszy od mojego brata o całe dwa lata, nie radził sobie ze zgłoską “r”, co brzmiało śmiesznie, gdy wymawiał moje imię. Kto by pomyślał, że po dwudziestu latach spotkam się w Japonii z taką samą trawestacją w wykonaniu przełożonego w pracy. Po roku ustawicznego korygowania, pogodziłam się z byciem Dajaną. 

Uwielbiałam odwiedzać ciocię Marylę.

Nie dość, że można było szaleć po jej zarośniętym ogrodzie (w naszym rosły warzywa, a w części państwa Chorzempów w dodatku hodowane były nutrie z paskudnymi pomarańczowymi zębami i do niczego niepodobnymi ogonami), to ziemniaki skrobało się łyżką. U nas w domu służyły do tego noże i każda nieuwaga prowadziła do niechybnej zguby.

Bo mama hołdowała idei, ze “jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”.

 W domu cioci Maryli mieszka teraz jej młodszy syn, którego spotkałam po latach i pokochałam jak za dawnych czasów. Ma udaną, śliczną rodzinę i mówi juz “r”.

I chciał wjechać Alfa Romeo na Most Karola, ale skończyło się tylko staranowaniem torowiska tramwajowego. Ułańska fantazja. Geny z ulicy Walecznych.

 Całkiem juz blisko koszar było przedszkole. Z wielkimi huśtawkami w kształcie łodzi, które, gdy się je mocno rozbujało, można było się kulać po ich dnie. Od huśtania kręciło mi się w głowie, ale turlaniem mój błędnik się nie przejmował, więc mogłam sobie folgować do woli.

Turlałam się godzinami. Od rana do południa. Od południa do zmierzchu. Albo do fatalnego pojmania mnie przez wychowawczynię. Zsyłano mnie wtedy do kąta, aż do czasu posiłku.

Barszcz z pokrojonym w kosteczkę suchym chlebem rzucanym z dźwiękiem na dno talerza mogłam jeść codziennie. Czasem zamiast chlebowych chrupek były grube paluchy, na które mówiliśmy “strzelby”, bo miały po dwa otwory, jak dubeltówka i służyły nam do siorbania zupy. Oczywiście wszelka akustyka w czasie jedzenia była zakazana i zdobywali się na nią tylko najodważniejsi dywersanci i tylko za plecami pań nauczycielek. Bo o panie nauczycielki należało też czasem dbać. We własnym chociażby interesie. Na przykład wtedy, gdy zgięta w scyzoryk zaklinowałam się w muszli klozetowej. Nawet przedszkolne gabaryty sanitariatów wciąż były dla mnie, niewyrośniętego chuchra, dużo za duże. Każdy dzień zdawał się być walką z demonami i unikaniem pułapek tego świata, z których wybawiali mnie z reguły dorośli.

Naturalnie, radziłam sobie i we własnym zakresie. Z rożnym efektem, ale ufam, że nie było aż tak źle. W końcu wciąż żyję.

Do dziś kwestią sporną przy rodzinnym stole jest mój poziom profesjonalizmu, z jakim podeszłam do pewnego letniego wydarzenia, gdy z kolegą z klasy wyciągnęliśmy nasze młodsze rodzeństwo, szkraby, którym kupowało się jeszcze buciki pod tytułem „Pierwsze kroczki” na eksploracje poligonu.

Wielką połać terenu rozpościerającą się od zaprzedszkola, aż po knajpę Kukułka, usytuowaną malowniczo na wzgórzu porośniętym krzakami leszczyny (w Kukułce były grubo ciosane, drewniane stoły z ceratą i też podawali galaretkę z nóżek).

 Poligon skrywał multum atrakcji i ukrytych tajemnic, chociażby takich, jak głębokość glinianek, w których zanurzały się amfibie w czasie manewrów, czy koleiny po gąsienicach czołgowych.

Mogliśmy się licytować, które ślady należą do pojazdu naszych protoplastów. A już wygrzebanie zapomnianej łuski od naboju doprowadzało nas do ekstatycznych wybuchów radości połączonych z odrobiną grozy. Oszołomiona jedną z takich odkrywczych euforii nie zauważyłam nawet, że mój brat, którego z racji obligatoryjnej integralności, ochrzciłam mianem „ogona”, wpadł do grzęzawiska dwa kroki dalej i prawie się w nim utopił. Na szczęście zdążyłam go wywlec za szelki: w błocie aż po włosy wyglądał niczym wojownik z terakoty chińskiej armii cesarza Qin.

Prowadziłam go potem takiego oblepionego przez osiedle, Golema, zdjętego dopiero co z koła garncarskiego i bez jednego buta.

Do dziś zachodzę w głowę, za co mi się wówczas bardziej dostało: za podtopienie dwulatka w bagnie, czy za stratę bucika marki Reksio zakupionego z wielką fatygą w stołecznym Smyku?

   Przeprowadzka do Warszawy zmiotła sudecką epokę otwierając nowe rozdanie.

Mieliśmy w bloku po dwie windy na klatkę i jeździły tramwaje, które przez pierwsze lata budziły mnie o czwartej nad ranem. Jedni mają koguty, inni tramwaje linii pięciu.

Do dzisiaj brakuje mi ich klangoru i siedzenia gęsiego, przez co chcąc porozmawiać, osoba z przodu dostawała stylowej kociej mordy albo kolki szyi.

Pod Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej sprzedawano co niedzielę pańską skórkę i święte obrazki, a na końcu ulicy był bazarek, który przez dziesięciolecia wyznaczał trendy.

 Właściwie codziennie po szkole chodziłam tam do papiernika ciesząc oczy kredkami, flamastrami, wypukłymi naklejkami, czy kolorową krepiną.

 Marzyłam o chińskim piórniku z lusterkiem zamykanym na magnes, ale jako hit na polskim rynku dostępny był tylko dzięki dyspozycyjności matek, albo pokładom gotówki w ich portfelach. W naszym domu ani jedno, ani drugie nie było dostępne w ilościach zadowalających, więc stawałam zawsze przed wyborem pomiędzy nieposiadaniem w ogóle, albo posiadaniem czegoś wtórnego, co sama byłam w stanie odtworzyć.

Piórnik na magnes (magnes wykręciłam z segmentu rodziców) skleciłam, ale mimo całego wysiłku włożonego w artyzm i precyzje, nie przypominał w niczym pierwowzoru. Nie przypominał nawet jego podróbek, które krążyły dzięki przedsiębiorczym prywatnym wytwórcom. Oni się nie popisali, a co dopiero ja, ośmiolatka entuzjastka.

 Gdy nastała zima wszyscy zaczęli nosić pikowane czapki z daszkiem i podnoszonymi nausznikami na zatrzask, które sprzedawano na bazarku w trzech kolorach. O ile chińskie piórniki podobają mi się nawet teraz i poluję na nie sporadycznie na Allegro choćby miały być nawet w cenie premium, o tyle przyznaję ze wstydem, że te czapki były absolutnie bezkształtne i najwidoczniej uległam grupowej hipnozie, bo mocno suszyłam o nią głowę w naszym M4 z pustaków. Na szczęście bez skutku. Tajemnicą jest, co było antidotum, ale zadziałało skutecznie, zanim zdecydowałam się pociąć kurtkę kogoś z domowników.

 Pod nożyczki poszło co innego, mianowicie różowa podomka pani domu. Zrobiłam z niej bluzkę z dwukolorową połą na zatrzaski (lata osiemdziesiąte oprócz lakieru do włosów i plastikowej perkusji przyniosły właśnie zatrzaski). Dokładnie taką samą, jaką miał Limahl w teledysku. Albo podobną. Anyway.

Mama dopiero po paru dniach rozpoznała w niej swoją zaginioną (sorry, ale bezpowrotnie) indoorową garderobę. 

 Wyznaczałam moim rodzicom swoisty rytm w ich, tak mniemałam, nudnym życiu:

1. -paroksyzm zachwytu i zmasowany atak próśb i błagań,

2. -kilkudniowa cisza (omyłkowo brana za walkower z mojej strony),

3. -intensyfikacja niepozornych ruchów, niepodomykane drzwi od szaf i nożyczki na wierzchu (dzięki mojej mysiej naturze pozostawało to z reguły niezauważane),

4. -nowa rzecz w moim posiadaniu, której przecież mi nie kupili, a wyglądała znajomo.

Nerwica, której się nabawili przez moje liczne fascynacje w połączeniu ze zdolnościami manualnymi nie nauczyła ich niczego i dokonałam dzieciństwa bez własnych: wrotek, deskorolki, czy nawet nowego roweru. Za brak butów winić mogę najwyżej ówczesny rząd ludowy, bo wciąż brakowało na nie kartek. Mimo, że sklepy legitymowały się wypasionym asortymentem.

Rozglądam się teraz po moim japońskim wnętrzu i wyliczam swoje tęsknoty i pragnienia. Z ilością poupychanych po szafkach artykułów piśmienniczych mogłabym otworzyć sklepik. Na moje usprawiedliwienie mam jedynie to, że wybrałam zajęcie, które niejako zobowiązuje do posługiwania się nimi.

Pakamera z butami wymaga dorobienia drzwi, bo pierwszą rzeczą rzucającą się gościom w oczy są półki wyposażone lepiej niż Pedet na Pradze.

Ukochany, dopasowany rzetelnie do mojej półtorametrowej skromnej somy, turkusowy jednoślad jest nagrodą za czterdzieści lat wyczekiwań. Mój bilet do wolności, mój miernik wiatru, moja kozetka u terapeuty. Napędzane siłą mięśnia remedium na dylematy.

Wrotki z butami czekają na wiosnę i koleżankę, z którą razem będziemy zaliczać asfalty.

No i ta przepiękna deskorolka! W niebieski marokański wzorek. Kupiona przy okazji projektu dla firmy ze wschodniego wybrzeża. Żywy płomień miłości od pierwszego wejrzenia.

Kolejna zaspokojona po latach tęsknota. 

2020-03-06 21.39のイメーシ

Mogę spać spokojnie. Mogę pić kawę i czuć, że żyję życiem pełnym kolejnych apetytów. Kiedy je nasycę, zależy już tylko ode mnie samej.

I gdy powracam myślami do tamtych złaknionych lat, czuję, że były świetne na ich warunkach.

Że gdyby nie były właśnie takie, nie byłabym tu, gdzie teraz jestem.

No, dzięki.

 

Renata MitsuiObraz może zawierać: 1 osoba

 

Polska Jesienna

Polska przypomina mi się częściej wtedy, gdy robi się zimno i ciemno, czyli w końcowych porach roku. Dzieje się tak nie dlatego, że uważam Polskę za kraj ponury, ale dlatego, że ta część mojej Polski, która pozostaje w sferze tęsknot, jest Polską Jesienną. Ma lekko zamglony i przygasły koloryt, ściele do stóp tabuny liści szeleszczących jak polskie spółgłoski, przebiega po plecach dreszczykiem chłodu, kreskami deszczu rozmywa światła neonów. Nie jest rześkim i słonecznym porankiem, ale tą przejściową porą dnia, która zaciera ostrość konturów rzeczy i ludzi, by stopniowo zamienić się w mrok, okrywający zbyt twardą w swej namacalności rzeczywistość.

Polska Jesienna jest odległym obrazem, jakimś zapachem wiszącym w powietrzu, jakimś przychodzącym nagle odczuciem, stanem ducha, który trudno nazwać i nawet nie trzeba tego robić, bo jego urok polega właśnie na tej niedookreśloności i mglistości wrażeń. Trudno nawet powiedzieć, czy jest to tęsknota za Polską, nostalgia albo zaduma, czy może projekcja melancholii schyłku roku ubrana w polską, jesienną szatę. Ta tęsknota siedzi sobie w zakamarku duszy obok innych tęsknot, niekoniecznie związanych z Polską. Jest odczuciem raczej przyjemnym, wcale nie bolesnym.

Po wielu latach pobytu poza Polską, a mieszkam dłużej poza Polską niż w Polsce, nie odczuwam już takiej tęsknoty za krajem, która wyciska łzy, trawi trzewia i wywraca je na drugą stronę, a o której przeczytać można nierzadko w wypowiedziach czy wspomnieniach emigrantów. Jak wiadomo, z taką tęsknotą nie da się spokojnie i harmonijnie żyć na dłuższą metę, ale nie każdy potrafi sobie z nią poradzić. Nie powiem, że zupełnie nie znam tego uczucia, ale ono należy do przeszłości, ponieważ jego kwestia została przepracowana i rozwiązana, a raczej z biegiem życia sama się rozwiązała. Jeśli ktoś trwa nieustannie w stanie cierpienia i dokuczliwej tęskonoty, to powinien spakować walizki i jechać tam, gdzie będzie mu lżej. Myślę, że ludzie są jak drzewa, nie wszystkie gatunki dobrze znoszą przesadzanie, a i te, które są bardziej odporne na zmiany, potrzebują w nowych warunkach odpowiedniej gleby, troski i czasu, aby mogły się zaadaptować do nowego miejsca. Drzewa przesadza się wraz z korzeniami i dlatego nawet mieszkając „na końcu świata” nosimy w sobie swoją Polskę, ciągniemy ją za sobą, a ona czasem zgrzyta nam w tyle głowy i pokazuje gombrowiczowską gębę, a czasem jest urokliwym poematem.

Tęsknota za Polską ciągle pewnie kojarzy się Polakom z figurą polskiego emigranta pozbawionego ojczyzny, sienkiewiczowskiego latarnika, z wygnaniem i niemożnością powrotu do Polski. Może nie należy się temu dziwić, bo przecież wizja tęskniącego emigranta jest wpisana w polską historię i polski narodowy mit, a kanon polskiej literatury opiera się w dużym stopniu na tej cierpiącej postaci i jej perspektywie patrzenia na Polskę i myślenia o Polsce. Współcześni imigranci, którzy wyjeżdżają z Polski licznie i z własnego wyboru, często z przyczyn ekonomicznych, też mają tęsknić i zmagać się z tą tęsknotą, a jeśli niezupełnie tak jest, to chyba uznaje się, że brakuje im uczuć patriotycznych. Imigrantom współczesnej fali wisi nad głową stereotyp wykształconego Polaka, który dla pieniędzy wykonuje jakieś poślednie i niegodne uwagi prace na obczyźnie. Wiem, że wiele się zmienia, bo wielu jest różnych imigrantów i chyba sporo się o nich w Polsce pisze i mówi, ale stereotyp tęsknoty za krajem pozostaje.

Myślę, że każda Polka i Polak mieszkający poza granicami kraju wcześniej czy później zmierzy się z archetypami polskiego emigranta/imigranta i będzie chciał lub musiał umieścić siebie w odniesieniu do nich, potwierdzić je lub zanegować, ewentualnie tłumaczyć, że możliwe są też inne warianty, stany pośrednie, że tęsknota za ojczyzną nie zawsze musi dominować i określać podstawy polskiej duszy żyjącej za granicą, między innymi dlatego, że życie ludzkie jest procesem, a nie stanem i zachodzą w nim nieustanne zmiany. Tęsknota nie jest też sui generis przypadłością wyłącznie polską, ale ma charakter ogólnoludzki. Z drugiej strony w jaki sposób Polacy spędzający całe swoje życie w Polsce mieliby sobie wyobrazić sobie i zrozumieć stan duszy i życie tych, którzy mieszkają w zupełnie innym kraju? Kto tego nie przeżył, nie doświadczył na własnej skórze, ten nie wie. Potrzebne są więc wypowiedzi i opisy stworzone przez samych emigrantów/imigrantów, a Polacy w kraju chyba chętnie je czytają.

Powiedziałabym, że korzenie mojej tożsamości są ukształtowane w języku polskim, jedynym w którym jestem w stanie w pełni i z wieloma niuansami, podtekstami, skojarzeniami wyrazić siebie. A język mogę wszędzie zabrać ze sobą, tylko do zrobienia z niego użytku potrzebuję partnerów do rozmowy albo czytelników, którzy mnie zrozumieją, bo przecież nie można bez końca mówić do siebie, tym bardziej jeśli nie żyje się na bezludnej wyspie. W moim przypadku tak się pomyślnie złożylo, że mój język i moja polska tożsamość są atutem i także narzędziem pracy, ponieważ w Japonii mam do czynienia z ludźmi, którzy w różnym stopniu znają język polski i Polskę albo się ich uczą. Taka sytuacja tworzy konkretną i stalą więź z Polską i sytuuje mnie w roli pośrednika między kulturami. Jestem człowiekiem funkcjonującym „pomiędzy”. Stan bycia „pomiędzy” najbardziej dosłownie i realnie odczuwałam podczas prac tłumaczeniowych, a takich też mam sporo w swoim życiorysie. Tłumacz w każdej wersji swego zajęcia zawsze umieszczony jest w enigmatycznej przestrzeni „pomiędzy”.

Takie funkcjonowanie pomiędzy kulturami, a także kontakty z innymi Polakami, którzy są w podobnej sytuacji oraz wyjazdy do Polski pomagają w poradzeniu sobie z problemem tęsknoty. Poza tym moja Polska nie jest utracona i nieosiągalna, ale całkiem realna, wolna i konkretna.

Od lat spędzam około miesiąca w Polsce w okresie wakacji i nigdy nie czuję się tam obco pomimo tego lekkiego oszołomienia, które towarzyszy zwykle pierwszym dniom po przyjeździe, pomimo zmian i nowości, które bardziej mnie frapują niż rozczarowują. Powroty do Polski są nadal powrotami „do siebie”, ale i powroty do Japonii również są powrotami „do siebie”. Wiem już z doświadczenia, że można mieć kilka własnych miejsc na ziemi, a dom to nie miejsce, w którym się mieszka, ale miejsce, do którego się wraca. Można mieć kilka domów, rodzinę, która składa się z ludzi różnych narodowości, mówić na zmianę w dwu lub więcej językach i nie czuć się nieszczęśliwym z tego powodu. A jakieś tęsknoty i tak zawsze pozostają, gdziekolwiek by los człowieka nie zaprowadził. Gdybym żyła w Polsce i w ciągu roku spędzała miesiąc w Japonii, być może Polska Jesienna zostałaby zastąpiona Japonią Pory Deszczowej, która w przymglonym ciepłą wilgocią powietrzu przyciąga wzrok chłodną barwą bujnie rozkwitających hortensji.

 

DANUTA ZASADA

 20200215 234850

 

Cztery klejnoty 

Mieszkałam w czterech krajach: Hiszpania, Indie, Japonia, Mjanmar i one są jak cztery klejnoty w moim naszyjniku. Pobyt w każdym z tych krajów w jakiś sposób mnie zmienił. Wierzę, że z każdą zmianą było to spojrzenie głębsze, obejmujące szerszy aspekt naszej ludzkiej rzeczywistości.

Zacznę od Hiszpanii – czyż najcenniejszym doświadczeniem było poznanie bogatej hiszpańskiej kultury? A może spotkanie ludzi – takich jak ten hipnotyzujący osobowością filozof poznany przeze mnie w Centrum Studiów Judaistyczno-Chrześcijańskich w Madrycie? Czy też doświadczenie zwyczajności śmierci podczas ponurego spektaklu korridy? Może kontemplacja iberyjskiego pejzażu – tak różnego w różnych częściach Półwyspu? Niepowtarzalne widoki w połączeniu z mistycznym nurtem poezji hiszpańskiej (Święty Jan od Krzyża, Święta Teresa z Avila, etc.) skłaniały mnie do eksplorowania tematu śmierci, zarówno w obrębie jak i w oderwaniu od wszechobecnego na terenie Hiszpanii katolicyzmu.

Kolejną przygodą miały stać się Indie. Była to przygoda niejako antycypowana, gdyż brat mojego dziadka na krótko przed moim egzaminem maturalnym wprowadził mnie do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Indyjskiej. Wuj Piotr opowiadał o niezwykłych doznaniach mistrzów ćwiczących jogę i przekonywał, że zaawansowani na ścieżce duchowej jogini potrafią lewitować. Jako osoba mająca skłonność do dociekań naukowych tuż przed wyjazdem do Indii wzięłam udział w wykładzie na temat lewitacji, jaki odbył się w Warszawie w ramach Festiwalu Nauki. Czegóż się dowiedziałam? Lewitacja istnieje i jest to zupełnie normalne zjawisko fizyczne oparte na wlaściwościach magnesu. Kiedy później oglądałam pokazy lewitacji na spalonej słońcem ziemi indyjskiej interesowało mnie raczej to, jak lokalni sztukmistrze radzili sobie z tą sztuczką od strony techniczno-praktycznej. Nie muszę chyba dodawać, że zazdrośnie strzegli swoich tajemnic. Znajdowałam w tym świecie prestidigitatorów pewien urok i nie bylam zachwycona ideą przewodniczącej partii Kongres, Sonii Gandhi, która uważala, że podobne elementy kultury popularnej należy tępić, gdyż przynoszą Indiom ujmę.

Wrażenia jakie zostawiła Japonia trudno byłoby opisać w kilku zdaniach. Skoncentruję się więc na jednym, niemal metafizycznym przeżyciu. Wracałam ze spotkania w Muzeum Japońskich Migracji Zamorskich w Jokohamie, które odwiedziłam w związku ze zbieraniem materiałów do mojej pracy doktorskiej. Muzeum położone jest tuż nad morzem. Było już dobrze po zmroku. Trasa do stacji kolejowej, skąd miałam pociąg do Tokio prowadziła przez nadmorskie bulwary i pomosty. W ciągu dnia ta część Jokohamy pełna jest spacerowiczów. Teraz szłam całkiem sama. Z oddali połyskiwały światła wieżowców. Pięły się w górę jakby zawisły na linach masztów jakiegoś statku-giganta. Ogrom tego pejzażu – zurbanizowanego a zarazem tchnącego grozą czającego się w ciemności morza - przerażał. Kolejne pomosty i przejścia, utkane z drewnianych belek niczym z nici pajęczych rozpościerały się pod moimi stopami i znikały. Kiedy w końcu ujrzałam światła stacji poczułam się jak powracający z kosmosu mieszkaniec przyjaznej, bo trywialnej miejskiej przestrzeni. Japonia to domena specjalistów od inżynierii technicznej i społecznej oraz ukrytej pod powierzchnią warstwy mistycyzmu i tajemnicy. Tak odbierałam ten kraj po sześciu latach pobytu tamże, tak widzę go teraz.

Przyjazd do Mjanmaru był podróżą do świata sprzed okresu instytucjonalizacji cechującej epokę nowoczesną. Sieć internetu dopiero tu raczkowała. Współczesne oczywistości, takie jak dokumenty wydawane przez administrację państwową były tu ludziom niepotrzebne. Niektórzy, by nie rzec większość, do dziś nie mają metryki urodzenia ani świadectwa ślubu. Nie to jednak okazało się najciekawsze. W Mjanmarze jeszcze raz, do głębi uświadomiłam sobie, że rozwijanie w sobie powołania artystycznego może stać się nicią przewodnią w życiu. W artystycznej tradycji Mjanmaru istnialy dwa ośrodki artystyczne: miasto Mandalaj oraz Rangun. Ten ostatni jest dziś miastem kipiącym od sztuki, dzięki licznym galeriom i częstym wernisażom. Sztuka jest tu traktowana poważnie i według kanonów obowiązujących w Azji – czyli jako wehikuł piękna. Nieśmialo dopiero przebija się do świadomości przeciętnego odbiorcy akceptacja sztuki, jako nośnika treści społecznych, ekologicznych, politycznych. Toteż o ile tematy tradycyjne: życie wioskowe, mnisi i pagody, portrety wieśniaków mogą po jakimś czasie spowszednieć, to jednak tworzą one swoistą atmosferę świata, który z czasem odejdzie w przeszłość, tak jak w Polsce widoki wiązanych powrósłami kopek zboża, czy wozów drabiniastych zaprzężonych w konie.

Cztery kraje – cztery klejnoty mojego naszyjnika pozostaną na zawsze w szkatułce mojej pamięci.    

 

EMILIA OKUYAMA

Emilia

 

Powroty, tęsknoty

Polsko !

"...Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił.”

Parafrazując słowa wieszcza zastanawiam się, czym jest tęsknota.

Tęsknota za krajem, za zmianą, Czy leży w naszym charakterze ciągłe szukanie i chęć doświadczania rzeczy przeciwstawnych do tych, które posiadamy? Czy trawa jest zieleńsza u sąsiada? Będac w jednym miejscu myślimy o innym. Czy po prostu jest to brak umiejętności bycia „tu” i „teraz”?

Po wielu latach mieszkania w Japonii stan tęsknoty ulega zmianom czasowym jak i my sami.

Czy będąc w domu w Japonii tęsknię za Polską ?

Przez pierwsze lata mieszkania w Japonii byłam jedną nogą nadal w Polsce. Słowo „dom” raczej kojarzyło mi się z Polską niż z Japonią. Nie mogę dokładnie powiedzieć, kiedy to się stało, że mój dom to już zaczęła być Japonia - Tokio, a Polska -Warszawa stała się dla mnie moim drugim domem, do którego wchodzę jak w wygodne buty, gdy tam wracam. Może nawet nie wracam, jadę w odwiedziny, na wakacje.

Czy musimy dokonywać tego wyboru? Nie wiem. Mieszkając długo poza granicami kraju stajemy się tułaczami nie należąc już w całości nigdzie. Prawdopodobnie po powrocie do kraju brakowałoby nam naszego życia spędzonego w Japonii. Jadąc do Polski najczęściej w okresie wakacyjanym, przez pierwszy tydzień odczuwam obcość i brak przynależności. Inne twarze, głosy, mimika, jawne wyrażanie niezadowolenia i swoich uczuć, głośne komentarze w sklepach czy autobusach są dla mnie nowym doświadczeniem, do którego muszę się ponownie przyzwyczaić. Głośne rozmowy przez telefon, obsługa w sklapach często zajęta swoimi sprawami prywatnymi są dla mnie novum. Po tygodniu już tego nie zauważam. Wszystko staje się naturalne i znajome.

Rozwoj internetu na pewno bardzo nam przybliżył kraj, rodzinę i przyjaciół. Kontakty globalne są teraz naszą rzeczywistoscią i z trudem sobie przypominam te czasy, gdy zamawiało się telefon do Polski i czekało się parę godzin na połączenie. Trzeba było także rozmawiać krótko i zwięźle, bo było to bardzo kosztowne.

Co mogę dodać na temat tęsknoty? Kiedy emigrujemy, tęsknota jest zawsze z nami, jak wierny towarzysz. Kraj , język, smaki, rodzina i przyjaciele, miejsca ulubione pozostają z nami, często podbudowane wyobraźnią i podkolorowane nostalgią. Smaki zapamiętane nagle na miejscu okazują się inne. Znane miejsca także uległy przemianom. Jednocześnie wszystko wygląda świetnie, bo są wakacje, nie ma obciążenia obowiązkami ani codziennością. Wszystko lśni i błyszczy, ale jak wygląda rzeczywistość i codzienność w kraju? Trudno powiedzieć. Być może w czasie wakacji nie irytuja mnie spóźnione autobusy i tramwaje, zmiany tras wprowadzane w weekendy, chaos komunikcyjny, brak solidnej informacji odnośnie połączeń, czy przewidywanych opóźnień. Gdzie jest moje miejsce? Obecnie jest to Japonia, Tokio, ale niewątpliwie kraj, ojczyznę noszę w sobie, w moich reakcjach tu, w myśleniu. W momentach wojskowej organizacji pragnę chaosu, niezorganizowania i pomysłowości, czarnego humoru mi się zachciewa a nie ponurego przytakiwania, trochę szaleństwa i luzu. Dobrze, że jako tulacz mam nie jedną ojczyznę i mogę korzystać z obu kultur i zachowań, mogę wybierać, co najlepsze z obu. Przemieszczając się miedzy tak różnymi kulturami jednocześnie coś tracim,y jak i zyskujemy. Niewątpliwie mieszkając w innej kulturze musimy się uczyć codziennie i dodawać coś nowego do naszej wiedzy o nowej ojczyźnie. Uczyć się innych kodów zachowań i wyrażania siebie. Jadąc do kraju jesteśmy już innymi ludźmi, prawdopodobnie bardziej powściągliwymi i mniej spontanicznymi, ale także jesteśmy bardziej sobą, mówimy w swoim języku, innym głosem, inaczej się śmiejemy i żartujemy. Stajemy się bardziej pełnią łączącą nas-japońskich i nas-polskich.

Powroty są niezbędne, by być całością.

 

EWA MARIA KIDO

Ewa260

 

Powroty. Dokąd wracamy?

W obecnych czasach często się przemieszczamy, bo podróżujemy – dla przyjemności, wyjeżdżamy za granicę na studia, do pracy – i są to zazwyczaj szybkie i nierzadko dalekie podróże. Są tacy co nie lubią podróży oraz tacy, którzy podróżują stale. Niedawno spotkałam w Yangonie znajomego Szymona, który wyruszył z Europy w podróż po Azji we wrześniu ubiegłego roku. Robi piękne zdjęcia i nadal jest w podróży. Czasem wyjazdy są na długi okres lub nawet „na stałe”. Jednak od czasu do czasu, albo na koniec wracamy. Przemieszczamy się w przestrzeni, a także w czasie. Wracamy do „miejsc”, ale także do „początków”. Rodzi się pytanie – dokąd tak naprawdę wracamy?

 

Wydaje się, że są trzy kategorie „powrotów”: do czasu (minionego), do miejsca i do ludzi.

Do czasu w przeszłości wracamy we wspomnieniach. Zazwyczaj wspominamy dzieciństwo, młodość, pierwszą miłość, studia. Kiedy teraz wspominam dzieciństwo, to wydaje mi się, że mimo wielu niedostatków w owym czasie w kraju, życie było bardzo szczęśliwe. Nie pamiętamy jego różnych negatywnych stron. Może dlatego, że rekompesowała je młodość. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest bezcenna i nie jest wieczna. Właśnie już w dzieciństwie mieszkałam w innym kraju i innej kulturze. To ukształtowało mnie i otworzyło na świat. Wspominam też czasem pierwsze lata w Japonii, studia na Uniwersytecie Tokijskim, kiedy zupełnie inaczej odbierałam ten kraj.

Powroty do miejsc wiążą się także z domem rodzinnym. Japończycy wracają zazwyczaj dwukrotnie w ciągu roku, w Obon (Święto Zmarłych) i w Oshōgatsu (Nowy Rok) do jikka – domu swoich rodziców. Nawet, gdy już mają swoje własne rodziny. Taki powrót do domu rodzinnego, w którym spotykają rodziców oraz najbliższą rodzinę daje duchowe wsparcie płynące z więzów rodzinnych. To pewne odniesienie całego życia, które upływa w szybkim tempie i na wytężonej pracy do miejsca, często tradycyjnego, na prowincji, w otoczeniu wspaniałej przyrody, pozwala odnaleźć życiową równowagę. Podobne znaczenie mają nasze inne powroty do miejsc – np. do dawnej szkoły czy uczelni, do dawno nie widzianego ulubionego zakątka, nad morze czy nad jeziora, do lasu. Wracamy i cieszymy się, że nadal są.

Do ludzi wracamy, bo za nimi tęsknimy. Ludzie także określają miejsca, do których wracamy. Tęsknimy za rodzicami i wracamy do rodzinnego domu.

 

We wszystkich kategoriach powrotów przewija się motyw „domu”. Jeśli mieszkamy za granicą to gdzie jest nasz dom? Dom to nie tylko konstrukcja, budynek, chociaż jego widok też może wzbudzać wzruszenie, to atmosfera ciepła rodzinnego i miejsce, gdzie czujemy się bezpieczni. W tradycyjnym rozumowaniu dom to rodzina, gniazdo rodzinne w którym porozumiewamy się wspólnym językiem i w szerszym znaczeniu ojczyzna. Jednak dzisiaj mieszkamy czasem w dwóch lub więcej krajach, mówimy w wielu językach, a nasze dzieci wyrastają za granicą.

Czy można mieć dwa domy? W obecnych czasach kiedy ludzie wyjeżdżają na dłużej do innego kraju to często zachowują dom w swoim kraju i organizują nowy za granicą. A potem przemieszczają się od jednego miejsca do drugiego. W każdym mają swoje rzeczy, swoje ulubione miejsca, znajomych. W każdym czują się dobrze. Czasem także nie zachowują domu w kraju, ale przemieszczają się po świecie kolejno mieszkając tam, gdzie zawiedzie ich praca zawodowa, np. w Europie, potem w Azji i potem znowu w Europie. Nawet jeśli nie urodzili się w kraju, w którym mają swój dom, czują się w nim „u siebie”, przywiązują się do niego, dzieci uczą się lokalnego języka i wyrastają poznając lokalną kulturę. Czy to oznacza, że zmieniając kolejne miejsca i domy nie będą mieć punktu odniesienia? Raczej będą, bo zabierają zawsze swój „dom” ze sobą. Najbliższa rodzina i codzienne rytuały, rozmowy i wspólnie odwiedzane miejsca będą tym punktem odniesienia. Będą również wracać do domu we wspomnieniach, a także do tych wielu miejsc na świecie oraz do rodziców – w rzeczywistości.

 

Czy można całe życie wracać? Jeśli wybierzemy życie na granicą, w dzisiejszych czasach już nie jako emigrant ale jako obywatel, to będziemy jednak wracać i tęsknić za jednym albo drugim domem tak jak tęsknimy za minionym czasem. Będąc w Japonii tesknię za „domem” – najbliższymi w kraju i miejscami, a będąc w Polsce brakuje mi Japonii. Możemy mieć więcej niż jeden dom i czerpać garściami poznając różne kultury, możemy być obywatelami świata zabierając swój „dom” ze sobą, a jednak, najczęściej, będziemy także wracać do swoich korzeni i mieć potrzebę „powrotów”.

powrot do przeszlosci 400

W laboratorium Uniwersytetu Tokijskiego z Krzyśkiem, obecnym rektorem Politechniki Gdańskiej (1995)

.........................................                                     

Praca graficzna do cyklu:

Projekt wykonała Ewa Maria Kido inspirując się wykonaną przez siebie okładką do „Gazety Klubu Polskiego w Japonii nr 1(47) z lutego 2006 r. Redaktorem naczelnym tego numeru była Renata Mitsui. Praca wykorzystuje zdjęcia autorki oraz jedno ówczesne zdjęcie (kobiety na ławce) Jacka Wicińskiego, który udostępnił zdjęcia.

 

Zaloguj się, by skomentować
© 2013 www.polonia-jp.jp

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się